Music

poniedziałek, 25 stycznia 2016

2

Nadeszła wielka chwila...

Wszedłem do środka, zamknięto za mną mosiężne ,zdobione drzwi, czułem się jakbym nie miał już wyjścia. Wewnątrz ogarnął mnie mimo wszystko, przyjemny chłód,ciało przeszył nagły dreszcz...i poczułem ciekawy zapach...czy to były kwiaty? Tak… to kwiaty ale skąd,przecież...to podziemia..tutaj nic nie rośnie prócz grzyba. Rozejrzałem się zdezorientowany i ujrzałem najpiękniejsze jakie kiedykolwiek miały prawo istnieć kwiaty. Lycoris, czerwone niczym wino, niczym..krew..niesamowicie wyraźna czerwień. Pamiętam te kwiaty bardzo dobrze..widziałem je ostatni raz w ogródku dziadka gdy miałem niespełna 7 lat, kwiaty te rosły tylko w Japonii, a my mieszkaliśmy z nim w Ameryce ,dokładniej w Bostonie,musiał je sprowadzić jakoś... 
Było warto, uwielbiałem biegać z młodszym bratem wśród słodkiej woni ,tego kwiecia i wielu innych mieszających się zapachów, bardzo płodne jabłonie, rodzące soczyste,duże zielone jabłka, wydzielały taki intensywny aromat połączony z dziką różą rosnącą na pograniczu działki. Mama robiła z nich fenomenalną szarlotkę ,z domowymi lodami. 
Diavolo..to imię mojego młodszego wyżej wspomnianego brata..gdy zabrano mnie do podziemia, straciłem z nim kontakt na Amen..Nie mam pojęcia czy żyje, ale nie tracę nadziei. 




Wracając do TU i TERAZ... otrząsnąłem się szybko z głębi wspomnień,które nie miały już znaczenia. Rozejrzałem się ponownie i spojrzałem na podwójne schody za kwiatami prowadzące na piętro. Ciekawe ile ta budowla..bo nie można tego było nazwać budynkiem...miała kondygnacji. Pewnie wiele zważając,że piętnuje sie ona ponad wszystko tutaj, nawet potężną fabrykę Oczyszczalni Ścieków.  Ruszyłem na przód niepewnie, byłem tutaj w końcu pierwszy raz, na parterze było tylko kilku strażników i jakieś...zakładając - wiecznie krzątające się jak pszczoły w ulu kobiety. Były bardzo zadbane, pewnie brano je na atrakcyjne sekretarki ,które w rezultacie zostawały ''prywatnym towarem'', kto wie? Może i nawet samej Starszyzny? O zgrozo, na samą myśl ,mój lichy posiłek choć niechętnie, prędko zbliża się do przełyku. Skrzywiłem się i palnąłem w głowę, chyba Szatan we mnie wstępuje , takie brudne myśli u księdza, jeszcze wezmą mnie za jakiegoś zboczeńca, albo co gorsza popularnego w tych czasach pedofila. Przełknąłem resztkę śliny i dalej szedłem schodami na samiuteńką górę. Co dokładnie 8 stopni był spocznik z pomieszczeniami na sobie,zukrytymi za tajemniczymi drzwiami. 
Chwała BOGU! Dotarłem na sam szczyt. Naliczyłem około 44 pięter, dobry trening na początek dnia. Stanąłem przed drzwiami , na których widniał obraz walczącego człowieka z wampirem. Człowiek przebijał go drewnianym kołkiem...a potem dobijał srebrną klingą,bo ostrej strony miecza o dziwo jakby celowo brakowało,przedmiot ten dodatkowo płonął. Poprawiłem włosy i wtargnąłem do ogromnego pomieszczenia, wypełnionego...książkami. Osłupiałem, przecież kazano je palić, jedyne co było dostępne to Biblia. Znajdowało się tu chyba wszystko, poznałem po grzbietach większość białych kruków i bestselerów, dawnych lat. Niesamowite...ale też okropne. Okłamywali nas..cały czas nas okłamywali. Poczułem się z lekka poirytowany. Na środku tej komnaty stało 5 mężczyzn. Dwóch tyłem jeden dziwnie znajomy……mieli już coś koło sześćdziesiątki jak nie mniej. Spojrzałem na nich zwężając powieki bo było tu dość ciemno, gdzieniegdzie tylko zapalone świece, to pewnie dlatego ,że każde inne światło szkodliwie szkodzi na starocie drzemiące ,na zakurzonych półkach.  Panowie mieli na sobie długie czarne peleryny, każdy z nich posiadał również długą brodę i łyse głowy, no gdzieniegdzie po bokach odratowała się garstka lichych włosków. Zaraz się ukłoniłem nisko,tak nisko że mógłbym czołem dotknąć tej zimnej podłogi. Spojrzeli po sobie co ujrzałem nachylając się, skinęli znacząco i kazali mi podejść. Z każdym krokiem serce bardziej podchodziło mi do gardła. Co powiedzą? Co karzą mi zrobić? Myśli napływały jedna za drugą..




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz