Music

poniedziałek, 25 stycznia 2016

1

Było to jakoś tak...


Dzień jak co dzień, obudziłem się w ciasnej kawalerce na strychu, gdzie miałem to co niezbędne. Klęcznik do codziennej modlitwy na ,którym wisiał zawinięty niedbale skórzany bicz, stary zakurzony materac z połatanymi dziurami , co i tak nie działało, sprężyny wpijały sie w moje plecy co noc... Na nim leżał również dziurawy jak ser ale za to ciepły, wyblakły koc. W rogu była niewielka komoda z ubraniami na zmianę i najważniejsze... broń pod panelami. Srebrny pistolet z pociskami wypełnionymi najlepszą jaką mogłem dostać, wodą święconą. Zestaw sztyletów i noży ostrych jak brzytwa. Często używałem ich do pozbycia się zbyt bujnego zarostu.

Wstałem, przeciągałem się zawsze jak stary kocur. Po tej czynności leniwie naciągłem na nogi skórzane, starte opinacze do kolan.. Nienawidzę ich, tak długo się je zakłada, ale co zrobić? Przynajmniej chronią jak trzeba. Podszedłem do okna i otworzyłem je na oścież by się przewietrzyć, to był jednak błąd. Otwierając okno bardziej wietrzyłem to smrodliwe miasto niźli pokój,w jakim się znajdowałem. Fala odoru omal nie zwaliła mnie z nóg, odsunąłem się chwiejnie od okna, obmyłem twarz brudnawą wodą, ledwo przeczyszczona w fabryce , która kapała mi z kranu wychodzącego tak po prostu ze ściany ,lejąc zawartość na podłogę. Skrzywiłem się i podszedłem do klęcznika, zdjąłem bluzkę i przyklęknąłem na nim. Wziąłem bicz w rękę i podnosząc ją zamachnąłem sie kilka razy na plecy. Każdy cios piekł jak diabli..ale przyzwyczaiłem się do bólu, robiłem to bo czułem taką potrzebę, karałem się za każdą myśl o tym, by uciec...by znów poczuć świeże powietrze tam u góry. Nie wolno mi o tym myśleć, to moja słabość, mój jedyny grzech którego nie zmyje nigdy. Pragnienie tego, co nieosiągalne. Gdy już odmówiłem pacierz, ogarnąłem co nieco wygląd, zabrałem się za broń, wziąłem pas,na którym wisiał już srebrny miecz, ze zdobiona klingą, na której wygrawerowany był znaczek masonerii. To śmieszne bo przecież oni ''posługują się czarną magią'' i te sprawy.. mroczna sekta ,a wydaje ''antywampirzy'' ekwipunek. Wziąłem garść sztyletów i spluwę. Naciągnąłem na głowe płócienny kaptur mojej czarnej peleryny i spojrzałem w kawałek zbitego lustra ,który leżał na komodzie, przetarłem zmęczoną twarz i spojrzałem jak się miewa blizna idąca wzdłuż prawego oka. Zawsze gdy na siebie patrzyłem , dziwiłem się,że mnie nie biorą za wampira. Jestem nieprzeciętnie wysoki i wyglądam jak jakaś kłoda przez szczupłą sylwetkę, a włosy niewiedząc czemu mam białe jak mleko i długie do pasa. Lubie je , bo często wampiry mylą mnie z nimi samymi. Dobry kamuflaż. Dziękuje za to zawsze ojcu i matce, których nie pamiętam już tak dobrze, zginęli podczas pierwszego wybuchu tej plagi.. ale cichej bo dopiero 6 lat później ludzie zaczęli uciekać do podziemi ,a wcześniejsze liczne zabójstwa brano za robotę seryjnego mordercy. Klnę za to los,że tak późno zainterweniowano ..mam dopiero 20 lat, a przez to szambo wyglądam jak 40 latek , żyjący od lat w tej nędznej dziurze. Męczy mnie to ale, wiara w lepsze jutro i przyjaźnie z ludźmi tutaj dają mi siłę , której potrzebuje. 

Wyszedłem wreszcie z kamienicy,na ten cały syf. Wszędzie krzątali się ludzie jakby martwi, człapali jeden za drugim,ciasnymi uliczkami slamsów , jak jakieś Zombie. Zakryłem się szczelniej płaszczem, każdy tylko czekał na okazje by skraść coś cennego i pognałem przed siebie , w stronę ogromnej podpory skalnej, ziemi nad nami, która zwana była centrum tego wszystkiego. Mieściła się w niej Starszyzna , na samiuteńkim szczycie. To wyglądało trochę jak drzewo, od którego nad budyneczkami rozwidlały się liczne drewniane mosty,którymi przemieszczali się strażnicy porządku i obserwowali czy gdzieś nie ma jakichś wielkich zamieszek. Zaburczało mi w brzuchu, dawno niczego nie jadłem, całe szczęście miałem kontakt z jadło-dawcą, chował dla mnie resztki posiłku,którym dokarmiał tu ludzi za niezła sumkę, gdy miał dobry dzień potrafił połowę rozdać za darmo.  Dobry z niego człowiek... podszedłem do jego budki, otworzył z zadziornym uśmieszkiem okienko ,z którego wyglądał codziennie na ulice i podał mi rękę brudną od smaru, jakie szczęście,że miałem rękawiczki, uścisnąłem ją pewnie i krótko się zaśmiałem.
- Witaj ponownie , Eddy stary druhu.
-Lilith gadzino, że też jeszcze dychasz ,ty chuda szkapo. Ciekawe dlaczego. - zaśmiał się grubiańsko gdy przewróciłem oczami. Zawsze mi dogadywał jakim to truposzem jestem.
- Tak, tak. Dzięki Tobie..masz coś dla mnie? - zapytałem niepewnie.
-Dzisiaj wszystko poszło jak ciepłe bułeczki nic dla Ciebie nie mam. 
- Nic? Zupełnie nic? Przychodzę do Ciebie styrany po kilku dniach i nic, nawet kawalątka nie zachowałeś? Obiecałeś. - patrzyłem na niego z nadzieją. Zaczął się śmiać wyciągając sporą sakwę spod lady.
- Ha haa.. Szkoda,że nie widziałeś swojej miny , jak zbity pies, który nie dostał co jego, od suni - zaśmiał się bardziej dziko.
- Uch ty... nie rób sobie ze mnie jaj , padam z głodu! - Wyciągnąłem kawałek czerstwego chleba z torby i zacząłem przeżuwać szybko, głodny jak wilk.
- Widzę apetycik Ci dopisuje. Leć no... słyszałem,że Cie te stare pierniki wołają do siebie. Powiesz potem co i jak - wyszeptał i puścił mi oczko. 
- Jasne, jasne. Wiesz ,że informacje od nich są poufne , a Tobie się niczego nie mówi masz za długi jęzor. - przyznałem popijając suchy pokarm wodą z kubka,do którego Eddy nalał mi z bukłaku widząc ,że ciężko idzie mi przełykanie.
- Oj daj spokój dzieciaaaku. - westchnął głęboko i położył grubaśne łapska na swoim krągłym brzuchu ,zakrytym poplamionym fartuchem.
- Nie nazywaj mnie tak stary dziadu. - warknąłem niezadowolony i zabrałem jedzenie chowając je przy pasie pod płaszczem.
- Idź ,idź. Nie naburmuszaj się tak młody. Pozdrów kogoś ode mnie jak biedzie kogo...-uśmiechnął się znacząco i zniknął za osłonką okna.
Odszedłem przewracając ponownie oczami. Wróciłem na tor podjadając po drodze zielone jabłko. Trochę poobijane ale dobre. Na miejscu byłem po prawie półgodzinie. Stanąłem przed tą skalna podporą, która jakimś cudem utrzymywała nas wszystkich tutaj przy życiu.Spojrzałem w górę i zdjąłem kaptur wzdychając głęboko.  Nadeszła chwila spotkania się oko w oko z naszymi ''Panami''. Jeszcze nigdy mnie do siebie nie wezwali ,na oficjalne spotkanie. Coś musiało być na rzeczy. Nie ukrywam,że ogarnął mnie lekki strach przed niewiadomą.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz