Music

czwartek, 28 stycznia 2016

3

 Co za ból...

Wstrzymałem na dłuższą chwile oddech. Nie wiem dlaczego ale coś mi mówiło,że nie wszystko jest tak jak powinno być. Serce zakłóciło myśli, narząd boleśnie zabił kilkakrotnie. Jakby...organizm ostrzegał mnie przed niebezpieczeństwem. Spojrzałem niepewnie na starców ,jeden z nich uścisnął mi dłoń z uśmiechem i jego ciepły głos przerwał głuchą cisze.
- Witaj Lilith. Czekaliśmy na Ciebie. - zaczął , rozluźniając uścisk naszych rąk. -...zapewne zastanawiasz się, dlaczego akurat Ciebie wezwaliśmy do nas bezpośrednio. Już Ci tłumaczę, otóż potrzebujemy kogoś,kto będzie szpiegiem wśród tych demonicznych szkarad. To bardzo niebezpieczne ,jednakże słyszeliśmy,że nie jeden raz pomylono Cie z wampirem. Nadajesz się idealnie do tej misji. Chcemy się dowiedzieć bowiem co knują. Zbliżają się do miasta ,ale nie atakują. Musimy się więc dowiedzieć co im chodzi po głowie. 
Te słowa mocno mną wstrząsnęły, ja wampirem ? Ja? W końcu się przecież spostrzegą, że nie jestem jednym z nich. Chyba starzec czytał mi w myślach bo zaczął ponownie:
- Spokojnie, nie masz się czego obawiać, nasi naukowcy stworzyli bardzo skuteczne serum, dzięki któremu przybierzesz postać wampira, odmienić Cie może łyk naszej najwyższej jakościowo wody święconej z ekstraktem z kości Świętego Ojca Pio. Nie pytaj skąd... albo się zgodzisz  albo zostaniesz wygnany. Masz na to 3 dni. Nikt nie może się dowiedzieć o serum, ani o tym,że wampiry coś knują. To wzbudziłoby podejrzenia,aż w końcu bunt. 
- Ale... - nie dał mi dokończyć, wskazał na drzwi ,jakby kazał mi wyjść bez słowa w trybie natychmiastowym.
- 3 dni chłopcze...liczymy,że zgodzisz się na układ.. nie ominie Cie nagroda ale kara również, mianowicie 5 zadań pokutnych przed odejściem.. 
Spojrzałem na niego przez szparki podejrzliwie i skłoniłem się nisko. Odwróciłem się po chwili na pięcie odeszłem w stronę drzwi. Będąc za nimi rozejrzałem się, chciałem za wszelką cenę zdobyć to serum i je zbadać. Musiałem dowiedzieć się co knują oni , a nie wampiry. Kątem oka zauważyłem idącego w jakiś węższy korytarz mężczyznę w masce gazowej, nałożyłem kaptur na głowę, by się tak nie rzucać w oczy i pognałem dyskretnie za nim. Dobrze ,że korytarz był w pełni pokryty mrokiem, zauważyłem jakieś uchylone drzwi, z których wyłaził kawałek miotły. Jeszcze lepiej, ogłuszyłem jednym ruchem osobnika przede mną i zabrałem mu maskę gazową oraz identyfikator, a jego samego odstawiłem do schowka , przepraszając Stwórcę za swój wygłup. Zamknąłem go, uprzednio kneblując usta,ręce i nogi. Ruszyłem dalej przez wąskie przejście aż ujrzałem dziwne błękitne światło idące w barwę granatu. Otworzyłem drzwi do pomieszczenia , skąd biło dziwne światło. Przeszedł mnie nagły dreszcz, w 3 kapsułach były 2 wampiry po bokach i jakaś dziewczynka po środku.. pewnie też jedna z nich. Niesamowite jacy byli idealni.. jak coś takiego mogło być tak groźne. Piękna nieskalana o dziwo złem twarz, wyrażająca ból, każde z nich miało długie czarne włosy falujące teraz nad ich głowami w dziwnej przezroczystej substancji ,w której zdali się lewitować. Mieli przypięte do ciał rurki,z których toczono najprawdopodobniej ich krew do zbiorników ,a wpływało coś dziwnego wyglądającego jak Błękitna Laguna...taki drink. Z pojemników krew płynęła po dziwnie skręcanych kanalikach ,przez jeszcze inne zbiorniki, a na końcu zmieniała barwę na złotą, z tego wszystkiego szły tylko po 4-6 kropelek do małych trójkątnych fioleczek. Szybko pojąłem ,że było to właśnie serum ,zamieniające przeciętnych ludzi w wampiry. Na etykietce napisane było po staro-cerkiewno-słowiańsku ''ѫпырь''   lub po prostu ''Wąpierz''. Rozejrzałem się, nikogo nie było, czyli mężczyzna ten był na zmianę prowadzącym produkcje pracownikiem. Kolejny plus, zabrałem kilkanaście fiolek ze sobą w sakiewkę z jedzeniem, już chciałem wyjść kiedy zatrzymała mnie jakaś staruszka z wyłupiastymi oczami i powiedziała drżącym głosem:
-Strzeż się wybrańcze i Ciebie czeka ten lossss...- syknęła groźnie ostatnie i gdy tylko mrugnąłem...zniknęła. Czy to wyobraźnia płata mi figla przez, zapewne trojące opary idące przez nieszczelną maskę? Otrząsnąłem się prędko , zajrzałem do schowka,mężczyzna powoli wracał do przytomności, odwiązałem go migiem, założyłem mu maskę i rzuciłem w niego identyfikatorem, szybko wybiegłem na dół, po drodze zauważyłem nagle rzeczy,których nie zauważyłem wchodząc do budowli. Stwory w kaftanach bezpieczeństwa prowadzone przez innych ludzi z biczami. Co jest grane? Zrobiłem wielkie oczy i wyleciałem stamtąd z hukiem, zabierając tylko przy okazji kwiat lycoris, kto wie czy to nie była moja ostatnia okazja ujrzenia go....


HEISE






poniedziałek, 25 stycznia 2016

2

Nadeszła wielka chwila...

Wszedłem do środka, zamknięto za mną mosiężne ,zdobione drzwi, czułem się jakbym nie miał już wyjścia. Wewnątrz ogarnął mnie mimo wszystko, przyjemny chłód,ciało przeszył nagły dreszcz...i poczułem ciekawy zapach...czy to były kwiaty? Tak… to kwiaty ale skąd,przecież...to podziemia..tutaj nic nie rośnie prócz grzyba. Rozejrzałem się zdezorientowany i ujrzałem najpiękniejsze jakie kiedykolwiek miały prawo istnieć kwiaty. Lycoris, czerwone niczym wino, niczym..krew..niesamowicie wyraźna czerwień. Pamiętam te kwiaty bardzo dobrze..widziałem je ostatni raz w ogródku dziadka gdy miałem niespełna 7 lat, kwiaty te rosły tylko w Japonii, a my mieszkaliśmy z nim w Ameryce ,dokładniej w Bostonie,musiał je sprowadzić jakoś... 
Było warto, uwielbiałem biegać z młodszym bratem wśród słodkiej woni ,tego kwiecia i wielu innych mieszających się zapachów, bardzo płodne jabłonie, rodzące soczyste,duże zielone jabłka, wydzielały taki intensywny aromat połączony z dziką różą rosnącą na pograniczu działki. Mama robiła z nich fenomenalną szarlotkę ,z domowymi lodami. 
Diavolo..to imię mojego młodszego wyżej wspomnianego brata..gdy zabrano mnie do podziemia, straciłem z nim kontakt na Amen..Nie mam pojęcia czy żyje, ale nie tracę nadziei. 




Wracając do TU i TERAZ... otrząsnąłem się szybko z głębi wspomnień,które nie miały już znaczenia. Rozejrzałem się ponownie i spojrzałem na podwójne schody za kwiatami prowadzące na piętro. Ciekawe ile ta budowla..bo nie można tego było nazwać budynkiem...miała kondygnacji. Pewnie wiele zważając,że piętnuje sie ona ponad wszystko tutaj, nawet potężną fabrykę Oczyszczalni Ścieków.  Ruszyłem na przód niepewnie, byłem tutaj w końcu pierwszy raz, na parterze było tylko kilku strażników i jakieś...zakładając - wiecznie krzątające się jak pszczoły w ulu kobiety. Były bardzo zadbane, pewnie brano je na atrakcyjne sekretarki ,które w rezultacie zostawały ''prywatnym towarem'', kto wie? Może i nawet samej Starszyzny? O zgrozo, na samą myśl ,mój lichy posiłek choć niechętnie, prędko zbliża się do przełyku. Skrzywiłem się i palnąłem w głowę, chyba Szatan we mnie wstępuje , takie brudne myśli u księdza, jeszcze wezmą mnie za jakiegoś zboczeńca, albo co gorsza popularnego w tych czasach pedofila. Przełknąłem resztkę śliny i dalej szedłem schodami na samiuteńką górę. Co dokładnie 8 stopni był spocznik z pomieszczeniami na sobie,zukrytymi za tajemniczymi drzwiami. 
Chwała BOGU! Dotarłem na sam szczyt. Naliczyłem około 44 pięter, dobry trening na początek dnia. Stanąłem przed drzwiami , na których widniał obraz walczącego człowieka z wampirem. Człowiek przebijał go drewnianym kołkiem...a potem dobijał srebrną klingą,bo ostrej strony miecza o dziwo jakby celowo brakowało,przedmiot ten dodatkowo płonął. Poprawiłem włosy i wtargnąłem do ogromnego pomieszczenia, wypełnionego...książkami. Osłupiałem, przecież kazano je palić, jedyne co było dostępne to Biblia. Znajdowało się tu chyba wszystko, poznałem po grzbietach większość białych kruków i bestselerów, dawnych lat. Niesamowite...ale też okropne. Okłamywali nas..cały czas nas okłamywali. Poczułem się z lekka poirytowany. Na środku tej komnaty stało 5 mężczyzn. Dwóch tyłem jeden dziwnie znajomy……mieli już coś koło sześćdziesiątki jak nie mniej. Spojrzałem na nich zwężając powieki bo było tu dość ciemno, gdzieniegdzie tylko zapalone świece, to pewnie dlatego ,że każde inne światło szkodliwie szkodzi na starocie drzemiące ,na zakurzonych półkach.  Panowie mieli na sobie długie czarne peleryny, każdy z nich posiadał również długą brodę i łyse głowy, no gdzieniegdzie po bokach odratowała się garstka lichych włosków. Zaraz się ukłoniłem nisko,tak nisko że mógłbym czołem dotknąć tej zimnej podłogi. Spojrzeli po sobie co ujrzałem nachylając się, skinęli znacząco i kazali mi podejść. Z każdym krokiem serce bardziej podchodziło mi do gardła. Co powiedzą? Co karzą mi zrobić? Myśli napływały jedna za drugą..




1

Było to jakoś tak...


Dzień jak co dzień, obudziłem się w ciasnej kawalerce na strychu, gdzie miałem to co niezbędne. Klęcznik do codziennej modlitwy na ,którym wisiał zawinięty niedbale skórzany bicz, stary zakurzony materac z połatanymi dziurami , co i tak nie działało, sprężyny wpijały sie w moje plecy co noc... Na nim leżał również dziurawy jak ser ale za to ciepły, wyblakły koc. W rogu była niewielka komoda z ubraniami na zmianę i najważniejsze... broń pod panelami. Srebrny pistolet z pociskami wypełnionymi najlepszą jaką mogłem dostać, wodą święconą. Zestaw sztyletów i noży ostrych jak brzytwa. Często używałem ich do pozbycia się zbyt bujnego zarostu.

Wstałem, przeciągałem się zawsze jak stary kocur. Po tej czynności leniwie naciągłem na nogi skórzane, starte opinacze do kolan.. Nienawidzę ich, tak długo się je zakłada, ale co zrobić? Przynajmniej chronią jak trzeba. Podszedłem do okna i otworzyłem je na oścież by się przewietrzyć, to był jednak błąd. Otwierając okno bardziej wietrzyłem to smrodliwe miasto niźli pokój,w jakim się znajdowałem. Fala odoru omal nie zwaliła mnie z nóg, odsunąłem się chwiejnie od okna, obmyłem twarz brudnawą wodą, ledwo przeczyszczona w fabryce , która kapała mi z kranu wychodzącego tak po prostu ze ściany ,lejąc zawartość na podłogę. Skrzywiłem się i podszedłem do klęcznika, zdjąłem bluzkę i przyklęknąłem na nim. Wziąłem bicz w rękę i podnosząc ją zamachnąłem sie kilka razy na plecy. Każdy cios piekł jak diabli..ale przyzwyczaiłem się do bólu, robiłem to bo czułem taką potrzebę, karałem się za każdą myśl o tym, by uciec...by znów poczuć świeże powietrze tam u góry. Nie wolno mi o tym myśleć, to moja słabość, mój jedyny grzech którego nie zmyje nigdy. Pragnienie tego, co nieosiągalne. Gdy już odmówiłem pacierz, ogarnąłem co nieco wygląd, zabrałem się za broń, wziąłem pas,na którym wisiał już srebrny miecz, ze zdobiona klingą, na której wygrawerowany był znaczek masonerii. To śmieszne bo przecież oni ''posługują się czarną magią'' i te sprawy.. mroczna sekta ,a wydaje ''antywampirzy'' ekwipunek. Wziąłem garść sztyletów i spluwę. Naciągnąłem na głowe płócienny kaptur mojej czarnej peleryny i spojrzałem w kawałek zbitego lustra ,który leżał na komodzie, przetarłem zmęczoną twarz i spojrzałem jak się miewa blizna idąca wzdłuż prawego oka. Zawsze gdy na siebie patrzyłem , dziwiłem się,że mnie nie biorą za wampira. Jestem nieprzeciętnie wysoki i wyglądam jak jakaś kłoda przez szczupłą sylwetkę, a włosy niewiedząc czemu mam białe jak mleko i długie do pasa. Lubie je , bo często wampiry mylą mnie z nimi samymi. Dobry kamuflaż. Dziękuje za to zawsze ojcu i matce, których nie pamiętam już tak dobrze, zginęli podczas pierwszego wybuchu tej plagi.. ale cichej bo dopiero 6 lat później ludzie zaczęli uciekać do podziemi ,a wcześniejsze liczne zabójstwa brano za robotę seryjnego mordercy. Klnę za to los,że tak późno zainterweniowano ..mam dopiero 20 lat, a przez to szambo wyglądam jak 40 latek , żyjący od lat w tej nędznej dziurze. Męczy mnie to ale, wiara w lepsze jutro i przyjaźnie z ludźmi tutaj dają mi siłę , której potrzebuje. 

Wyszedłem wreszcie z kamienicy,na ten cały syf. Wszędzie krzątali się ludzie jakby martwi, człapali jeden za drugim,ciasnymi uliczkami slamsów , jak jakieś Zombie. Zakryłem się szczelniej płaszczem, każdy tylko czekał na okazje by skraść coś cennego i pognałem przed siebie , w stronę ogromnej podpory skalnej, ziemi nad nami, która zwana była centrum tego wszystkiego. Mieściła się w niej Starszyzna , na samiuteńkim szczycie. To wyglądało trochę jak drzewo, od którego nad budyneczkami rozwidlały się liczne drewniane mosty,którymi przemieszczali się strażnicy porządku i obserwowali czy gdzieś nie ma jakichś wielkich zamieszek. Zaburczało mi w brzuchu, dawno niczego nie jadłem, całe szczęście miałem kontakt z jadło-dawcą, chował dla mnie resztki posiłku,którym dokarmiał tu ludzi za niezła sumkę, gdy miał dobry dzień potrafił połowę rozdać za darmo.  Dobry z niego człowiek... podszedłem do jego budki, otworzył z zadziornym uśmieszkiem okienko ,z którego wyglądał codziennie na ulice i podał mi rękę brudną od smaru, jakie szczęście,że miałem rękawiczki, uścisnąłem ją pewnie i krótko się zaśmiałem.
- Witaj ponownie , Eddy stary druhu.
-Lilith gadzino, że też jeszcze dychasz ,ty chuda szkapo. Ciekawe dlaczego. - zaśmiał się grubiańsko gdy przewróciłem oczami. Zawsze mi dogadywał jakim to truposzem jestem.
- Tak, tak. Dzięki Tobie..masz coś dla mnie? - zapytałem niepewnie.
-Dzisiaj wszystko poszło jak ciepłe bułeczki nic dla Ciebie nie mam. 
- Nic? Zupełnie nic? Przychodzę do Ciebie styrany po kilku dniach i nic, nawet kawalątka nie zachowałeś? Obiecałeś. - patrzyłem na niego z nadzieją. Zaczął się śmiać wyciągając sporą sakwę spod lady.
- Ha haa.. Szkoda,że nie widziałeś swojej miny , jak zbity pies, który nie dostał co jego, od suni - zaśmiał się bardziej dziko.
- Uch ty... nie rób sobie ze mnie jaj , padam z głodu! - Wyciągnąłem kawałek czerstwego chleba z torby i zacząłem przeżuwać szybko, głodny jak wilk.
- Widzę apetycik Ci dopisuje. Leć no... słyszałem,że Cie te stare pierniki wołają do siebie. Powiesz potem co i jak - wyszeptał i puścił mi oczko. 
- Jasne, jasne. Wiesz ,że informacje od nich są poufne , a Tobie się niczego nie mówi masz za długi jęzor. - przyznałem popijając suchy pokarm wodą z kubka,do którego Eddy nalał mi z bukłaku widząc ,że ciężko idzie mi przełykanie.
- Oj daj spokój dzieciaaaku. - westchnął głęboko i położył grubaśne łapska na swoim krągłym brzuchu ,zakrytym poplamionym fartuchem.
- Nie nazywaj mnie tak stary dziadu. - warknąłem niezadowolony i zabrałem jedzenie chowając je przy pasie pod płaszczem.
- Idź ,idź. Nie naburmuszaj się tak młody. Pozdrów kogoś ode mnie jak biedzie kogo...-uśmiechnął się znacząco i zniknął za osłonką okna.
Odszedłem przewracając ponownie oczami. Wróciłem na tor podjadając po drodze zielone jabłko. Trochę poobijane ale dobre. Na miejscu byłem po prawie półgodzinie. Stanąłem przed tą skalna podporą, która jakimś cudem utrzymywała nas wszystkich tutaj przy życiu.Spojrzałem w górę i zdjąłem kaptur wzdychając głęboko.  Nadeszła chwila spotkania się oko w oko z naszymi ''Panami''. Jeszcze nigdy mnie do siebie nie wezwali ,na oficjalne spotkanie. Coś musiało być na rzeczy. Nie ukrywam,że ogarnął mnie lekki strach przed niewiadomą.



niedziela, 24 stycznia 2016

Epilog


Przedsmak wszystkiego..




Śniłem raz o świecie bez wad...

...o świecie, który nie miał prawa istnieć...

...o jutrze bez walk i śmierci otaczających mnie ludzi...


Śniłem, bo tylko to mi pozostało. W tym świecie nikt nie mógł marzyć. Takie słowo nawet nie egzystowało w słowniku. Słowników z resztą również nie było. Sąd najwyższy kazał spalić wszystko co miało kontakt ze światem u góry.. z wolnością ,którą pragnęli ci,którzy ją jeszcze pamiętali.
 Jednym z nich byłem ja, Lilith Amey. Wojownik z podziemi. Czyściciel wampirów, pseudo egzorcysta, lub po prostu najzwyczajniej , wzięty na przymus ksiądz. Moją rolą była ochrona biedoty, jaką była od kilku lat cała ludzkość, nie licząc tych ,którzy zmutowali i zamienili się w krwiopijców albo za pomocą pieniędzy zdobyli sobie przytulne lokum... 


Służyłem Starszyźnie ,która zwana była przez nas ''księży'' - Pochłaniaczem Wspomnień, albo AntyHumans, ponieważ byli oni nieludzcy. Ktokolwiek miał śmiałość mówić, o świecie sprzed epidemii, był skazywany na banicje lub wygnanie, gdzie za bezpiecznymi terenami czekała ich już tylko śmierć. Dlaczego SŁUŻYŁEM, a nie SŁUŻĘ? 

Przejrzałem na oczy podczas jednej z wypraw i powiedziałem sobie ''DOŚĆ''. Od pewnego czasu staram się przeprowadzić bunt... bunt który ochroni nas przed czymś gorszym od wampirów.. ochorni nas przed Starszyzną. Dowiedziałem się czegoś tak okropnego,że nie mógłbym żyć dalej ze świadomością,że wszyscy ci ludzie..moi przyjaciele..są narażeni na najgorsze zło tego świata w swoich '' bezpiecznych'' domach.
Co było przyczyną decyzji sprzeciwienia się ''Najwyższemu Dobru''? Tego właśnie się dowiecie..Wy,którzy żyjecie w nieświadomości, jak okrutna była przeszłość waszych rodziców, czy też dziadków. Wy, nowe pokolenie ,z którego jestem dumny.


Hans Rudolf Giger